Subiektywnie o Przejściu A8 – recenzja

„Przejście A8″ to satyra społeczno-obyczajowa w zasadzie na wiele zjawisk, jakie na co dzień nas otaczają. To bowiem utwór, w którym poprzez niezwykle komiczne wyolbrzymienie zarówno zachowań poszczególnych bohaterów, jak i ich karykatural-ne cechy osobowości, ubarwione dowcipem, można zauważyć wiele elementów naszej egzystencji ukazanych w krzywym zwierciadle. 

Cały tekst recenzji:


http://www.subiektywnieoksiazkach.pl/2015/10/przejscie-a8-tomasz-mroz.html

Zwolennik równouprawnienia

Kobiety mają mieć dokładnie takie prawa jak mężczyźni. To jasne i niepodlegające dyskusji stwierdzenie wielokrotnie padało w rozmowach z moja małżonką. Ona była za. Ja również, ale w jej przekonaniu niedostatecznie entuzjastycznie. Mężczyźni do garów, do opieki nad dziećmi, do szorowania i zamiatania, a kobiety na wyższe stanowiska za równe z mężczyznami zarobki, do realizacji samych siebie i swoich pasji. Tak, równouprawnienie, o to walczymy. Żonaci faceci też, chyba, że chcą wojny domowej ze swoimi połowicami. Kiedy do litanii kobiecych czynności dodawałem nieśmiało naprawy zlewów i montaż gniazdek elektrycznych, spotykałem się z gniewnym prychnięciem mojej domowej feministki.

– Bez przesady, od czego są fachowcy? – argumentowała logicznie.

No właśnie, od czego? Ja tego nie wiedziałem. W domu sam wszystko montowałem i naprawiałem, bo taniej oraz staranniej, bo nie trzeba wpuszczać obcych do mieszkania, bo inaczej bym się zanudził na śmierć albo o głupotach myślał. Innymi słowy, ten obszar został wyłączony z walk o równość. Co innego prawo jazdy. O, tak. Prawo jazdy i sama jazda samochodem lub motocyklem to również istotny element równouprawnienia płci. Ja byłem jak najbardziej za motocyklistkami. Ładna pani w obcisłym kostiumie to miły akcent równych praw. U nas oboje mieliśmy prawko, ale jeździłem tylko ja. Na moje propozycje, sugerujące małżonce wykorzystanie swoich praw i zdobytych dwadzieścia lat temu kwalifikacji, otrzymywałem pokrzepiające wyjaśnienia, z których wynikało, że oszczędza moje nerwy o ewentualne stłuczki i mandaty. Dodawała jeszcze, że zasadniczo woli chodzić pieszo i tylko czasami wyjątkowo musi być gdzieś szybko oraz dba o moje poczucie własnej wartości. Lepiej się czuję, będąc niezastąpionym w podwożeniu jej w różne miejsca miasta. Nie umiałem określić jak się czuję, bo nigdy nie było możliwości wyboru. Jednak przy każdej rozmowie z koleżankami moja żona podkreślała, że ma prawo jazdy i nie zawaha się z niego skorzystać w potrzebie.

W relacjach z frontu o prawa kobiet najczęściej występowała niejaka Krysia. Krysia była naszą sąsiadką, niezaprzeczalną bohaterką i idolką mojej żony. W żadnym wypadku nie można było powiedzieć idolem. To ona zapędziła onegdaj swojego męża do kuchni i prac domowych, ona nie dawała sobie w kaszę dmuchać nikomu i w żadnej sytuacji, ona była szefową działu w banku, jak również ona prezentowała najbardziej postępowe poglądy społeczno-obyczajowe w naszej dzielnicy. Wreszcie, to ona się rozwiodła i samotnie wychowała dziecko według swoich wzorców. Z wiadomości frontowych wynikało jeszcze, że niedawno wyremontowała dom, komenderując ekipą fachowców-starych wyjadaczy tak ostro, że pod koniec prac kłaniali jej się w pas z szacunkiem. A na myśl, że znajdzie jeszcze jakąś usterkę, drżeli ze strachu jak osika na wietrze. Natomiast ostatnim newsem z tej oazy postępowych idei była informacja o zakupie samochodu. Krysia postanowiła jeździć.

– Jest super, niesamowita – gorączkowała się Halinka. – Wszystko sama, w ogóle jej faceci niepotrzebni. A nawet jak potrzebni, to bierze sobie kogo chce, na chwilę. A potem – pstryk, do widzenia.

Rzeczywiście, Krysia często pstrykała różnych adoratorów. Słuchałem tych zachwytów ze świadomością, że każda moja odpowiedź może być użyta przeciwko mnie, a liczyłem na spokojny wieczór przed telewizorem ze szklaneczką piwa. Dodatkowo informacje o radzeniu sobie przez kogoś z remontem i zakupem samochodu nie robiły na mnie wielkiego wrażenia. Co innego, gdybym usłyszał, że jakiś nieustraszony ją poskromił i choć raz nie zrobiła w życiu tego, co chciała. O takim śmiałku chętnie bym pogawędził i go popodziwiał.

Dzwonek u drzwi. Żona pobiegła otworzyć i po chwili w salonie pojawiła się rzeczona Krystyna. Panie usiadły w fotelach, a ja z rezygnacją poszedłem do drugiego pokoju. Znałem ich możliwości. Czterdzieści minut pogawędki to byłby rekord szybkości, zazwyczaj dochodziło do dwóch godzinek. Z telewizji nici. Trudno, poczytam gazetę.

– Stefan, nie uciekaj. Mam do ciebie prośbę – głos Krystyny nie zawierał w sobie ani promila prośby. Zastygłem zaskoczony w pół kroku. Panie powróciły do przerwanej pogawędki, a ja zostałem w pozycji „adiutant czeka na rozkazy waszej królewskiej mości”. Po minie mojej małżonki widziałem jednak, że i ona była ciekawa, co Krysia chce ode mnie. Po dłuższej chwili Krystyna zaczęła się żegnać, a na mnie skinęła, żebym z nią poszedł.

– Stefan, jak wiesz, kupiłam ten samochód i jestem ciekawa pewnych parametrów. Ty, jako doświadczony kierowca, możesz mi pewne rzeczy… – zastanowiła się nad odpowiednio neutralnym słowem, starannie unikając określenia „wyjaśnić”. Mężczyzna nie będzie jej niczego wyjaśniać. – …pomóc rozstrzygnąć.

Świetnie to ujęła. Oczy mojej Halinki zabłysnęły uznaniem. Krystyna będzie rozstrzygać to, co jej mąż uniżenie zaproponuje. Skinąłem głową i wyszliśmy. Już w korytarzu Krysia zaczęła dokładniej tłumaczyć, że chodzi o porównanie, jak się zachowuje silnik przy konkretnych działaniach kierowcy, bo jej nie odpala. Rany, nie można tak było od początku? Wsadziłem kluczyk do stacyjki, ustrojstwo zarzęziło i zamilkło. Rozładowany akumulator. Samochód nie był nowy, za oknem zima. Standard. Odpaliłem go od swojego za pomocą kabli, potem wjechałem do jej garażu. Podłączyłem mój prostownik.

– Jak się znowu szybko rozładuje, to znaczy, że trzeba kupić nowy – wyjaśniałem tajniki postępowania z akumulatorem.

– Dziękuję ci bardzo. Jesteś wspaniały – uśmiechnęła się i uścisnęła mi rękę, a ja pomyślałem, że jest bardzo atrakcyjną kobietą.

Wróciłem do domu, gdzie powiedziałem w skrócie, o co chodziło. Mina Halinki mówiła wyraźnie, że mi nie wierzy. Napomknęła nawet, że pewnie wstydzę się swojej słabszej maszyny i umniejszam parametry tamtej. Zatkało mnie na chwilę, ale machnąłem ręką, chcąc jeszcze uszczknąć choć trochę wieczornego kryminału w telewizji.

Dzień później, wyjeżdżając do pracy, spotkaliśmy się z Krysią na chodniku.

– Ależ podjazd zalodziło! – zakrzyknęła, ni to ze zdziwieniem, ni to z przestrachem. Rzeczywiście betonowa pochyłość do jej garażu była śliska. Zaproponowałem pomoc. Kilka łopatek piasku i moje pchanie pomogły wyjechać jej bez szwanku na ulicę.

– Dzięki – krzyknęła, wyskakując ze środka. Pocałowała mnie w policzek. Zamarłem. Potem rzuciłem nerwowe spojrzenie na swój dom. Czyżby jedna z firanek się poruszyła? Halinka jeszcze spała jak wychodziłem. Spojrzałem na zegarek i mnie zmroziło. Spóźnię się do pracy! Ależ ten czas zleciał.

Po południu opowiedziałem Halince jak pomogłem Krysi wyjechać z garażu. Oczywiście ten drobny szczegół na końcu pominąłem. Moja żona słuchała, a gdy skończyłem wcale mnie nie pochwaliła, tylko skomentowała.

– Widziałam. Miło, że jej pomagasz – nie odczułem żadnej pochwały. Cóż, wieczorem jesteśmy zmęczeni i nieskorzy do jakiejkolwiek wylewności. A ja przecież tylko wspieram w ten sposób prawa kobiet do jazdy samochodem.

Krysia następnego dnia znowu poprosiła o pomoc. Nie odmówiłem, chociaż cały lód stopniał i można było spokojnie wyjechać bez mojego udziału. Przynajmniej się nie zmęczyłem. Tak jak wczoraj podeszła do mnie, a ja profilaktycznie zszedłem ku bramie garażu, gdzie byliśmy dobrze osłonięci. Znowu dostałem całuska i uważałem, że na niego uczciwie zarobiłem. Drobne spóźnienie do pracy się odrobi.

Po południu Halinka podała mi obiad otoczona gradową chmurą milczenia. Ja natomiast tryskałem dobrym humorem. Opowiadałem anegdotki o naszym szefie, idiocie bez żadnych kompetencji adekwatnych do zajmowanego stanowiska, chwaliłem porządek w domu i głośno zastanawiałem się, jakie atrakcje możemy sobie zorganizować na nadchodzący weekend. Wtedy zadzwonił dzwonek u drzwi. Krystyna. Czyżby znowu coś z samochodem? Gotowałem się już do wyjścia. Słyszałem rozmowę na korytarzu, ale panie nie weszły. Zdziwiło mnie to, bo zazwyczaj zajmowały salon, a pogawędki trwały długo. Wstałem i poszedłem do przedpokoju.

– Nie, Krystyna, nie ma dzisiaj czasu. Wrócił zmęczony, zresztą musiał odrabiać nieusprawiedliwione spóźnienia z poprzednich dni. A teraz ma jeszcze kilka spraw, które czekają od wczoraj, odkładane nie wiadomo z jakiego powodu. Do widzenia.

Zobaczyłem jak moja żona zamyka drzwi i niknącą w szparze postać sąsiadki.

– Krystyna? Co chciała? – zagadnąłem, jeszcze cały czas wesołym tonem.

– Coś stuka w nadkolu. Może chcesz jej pomóc? Za naprawy należą się ze dwa całuski – warknęła wściekle.

Zrozumiałem.

– Ależ Halina, przecież ona jest sama, bez wsparcia, kupiła samochód i dopiero się uczy. Trzeba pomóc. Każdy ma na początku kłopoty, niezależnie facet czy kobieta… – przerwałem, przypominając sobie starą, wypróbowaną zasadę, że słowa są jak psotne koniki, raz wypuszczone potrafią nieźle nabroić.

– Ze wszystkim sobie dotychczas poradziła, to i z samochodem sobie poradzi. To dzielna kobieta.

Na tym skończyliśmy dyskusję, a ja potulnie zjadłem obiad i nawet pozmywałem naczynia. Dziś trzeba było być grzecznym.

Szary cień, czyli nowy początek

Staraniem wydawnictwa RW2010 ukazało się drugie wydanie „Szarego cienia” z nową okładką i sporą ilością zmian w tekście. Jest to pierwsza z książek o komisarzu Wątrobie. A jak wiadomo, pierwsze teksty darzy się sentymentem. Dlatego ja, rozczulając się nad okrutnym losem starej okładki mojego autorstwa i nad koniecznością wyrzucenia wielu „nowatorskich” konstrukcji słownych, które stworzyłem onegdaj w przebłysku geniuszu, zmieniałem to, co mnie tyle lat denerwowało w starym „Szarym cieniu”, starając się zachować jego niepowtarzalny klimat. Życzę miłej lektury.

Okładka nowa

Permanentny kryzys czytelnictwa, czyli Platon w praktyce

Co roku publikuje się statystyki, które świadczą o totalnym upadku czytelnictwa w Polsce. Prezentowany jest i opłakiwany przez garstkę zapaleńców niski odsetek ludzi czytających więcej niż jedną lub przynajmniej jedną książkę rocznie. Sądzę, że wraz z rosnącą grupą ludzi nieczytających powinno się wprowadzić kilka dodatkowych kategorii, ustalających pewną hierarchizację wśród naszych polskich, wtórnych analfabetów. Mam na myśli szereg pytań sondujących, jak daleko ludzie oddalili się od literatury. A w dalszych zamierzeniach, jak trudnym zadaniem będzie nawracanie ich na drogę czytelnika. I tak kolejno, respondenci kategoryzowaliby się w swoim czytelniczym niebycie według poniższych pytań. „Czy widział/a Pani/Pan w tym roku ekranizację jakiejś książki?” Pozytywna odpowiedź dawałaby podstawy do stwierdzenia, że dana osoba utrzymuje jakikolwiek kontakt z literaturą, choćby na ekranie, oraz zdaje sobie sprawę, że filmy powstają na bazie książek. To może być również swego rodzaju płomyk nadziei, że kiedyś po nie sięgnie. Kolejna kwesta to: „Czy widział/a Pani/Pan w tym roku książkę?” Jest to podchwytliwe pytanie, ponieważ można założyć, że książkę można fizycznie zobaczyć w wielu miejscach. Odpowiedź negatywna daje w tym wypadku odsetek ludzi, którzy świadomie lub nie pomijają w swoim postrzeganiu świata istnienie książek. Ot, na przykład, idąc w markecie, zastanawiają się, co to są za kolorowe, pudełkowate, papierowe kształty w wielkich koszach z napisem „Wszystko po 9,99”. Prowadząc dalej tę intelektualną grę, można by się dopytywać: „Czy Pani/Pan widział/a lub wie o istnieniu w Pani/Pana otoczeniu osoby, która w ostatnim roku czytała książkę?”. Tu wprawny badacz mógłby określić szanse na tak zwany marketing szeptany, kiedy czytający dziwak z sąsiedztwa zachęci kogoś do lektury. A ten zachęcony, po kilkudniowej walce wewnętrznej, z zarzuconym na oczy głębokim kapturem, pójdzie do księgarni i wyszepta konspiracyjnym tonem tytuł polecanej książki.

Jaki to ma sens? Jak bardzo powinniśmy się zajmować przyczynami braku chęci do czytania? Bo jak na razie wszelkie analizy tego zjawiska wydają się być sztuką dla sztuki. Po prostu, czytanie przestało być rozrywką masową. Przegrało batalię z filmami i grami komputerowymi. Pismo obecnie służy do przekazywania niektórych informacji, zapisu poważnych rzeczy, ustaleń, ustaw, kontraktów, a w formie niskiej do szybkiej wymiany informacji i komentarzy w internecie, najczęściej pozbawionych prawidłowej gramatyki, interpunkcji i tradycyjnej formy.

Czy to źle?

Odpowiem przewrotnie: Dobrze dla niektórych. Na przykład, dobrze dla deweloperów oferujących mieszkania. Po kilkudziesięciu latach nieczytania znacznej części społeczeństwa umowa sprzedaży mieszkania będzie musiała być podzielona na trzy części. Część pisana dla wszystkich, którzy chcą czytać warunki „od dechy do dechy”, wraz z karami, obostrzeniami i ryzykiem. Tu „odpadnie” gros klientów, którzy nie będą w stanie przebrnąć tych zapisów ze zrozumieniem. Dla nich zaplanuje się część drugą, również pisaną, zawierająca optymistycznie brzmiące streszczenie umowy wraz z adnotacją „O resztę spytaj swojego prawnika, najlepiej przed podpisaniem”. I tak wiadomo, że większość nie spyta, a już na pewno nie przed podpisaniem. A potem, w przypadku kłopotów obudzi się, żądając, aby rząd i parlament zajął się ich nieprzewidywalną niedolą. Jednak to funkcjonuje już dzisiaj, w każdym kontrakcie mamy zapisy tak zwanym „małym drukiem”. Nowością zaś będzie trzecia część umowy – obrazkowa, przeznaczona dla przeważającej większości kupujących. Sprzedający umieści tam wizualizację oferowanego mieszkania, a klient będzie stawiał krzyżyk przy piktogramie przedstawiającym kciuk skierowany w górę. Potem, oczywiście, będzie zobowiązany przelać przedpłatę ze swojego konta, zarządzanego również w sposób obrazkowy i pozostanie mu zachować nadzieję, że deweloper nie wyrzuci go ze swojej listy znajomych przed sfinalizowaniem kontraktu.

W ten sposób spełni się koncepcja Platona, planującego rządy filozofów. Państwo miałoby funkcjonować tam w postaci garstki mędrców decydujących o losach wszystkich. Kierują oni osłaniającą ich armią i przytłaczającą większością żywicieli, od czasu do czasu „lajkujących” jakieś ważne wydarzenie ogłoszone przez nadzorców.

Już słyszę te oburzone głosy: „Wyhamuj człowieku! Jak ktoś czyta, to od razu mędrzec i od razu rządzi światem? Co za koncepcja Plutona? Wolne żarty!” Dobrze. Może się zagalopowałem, może nie jest tak źle i świat jest jeszcze poukładany „po staremu”. Ale ja na wszelki wypadek czytam przynajmniej tę jedną książkę rocznie. Bo nie znasz dnia ani godziny, kiedy będą nas dzielić na rządzących i rządzonych, a wtedy lepiej wiedzieć co się podpisuje.

Okiem MK o „Fabryce wtórów”

Barbarianscom12

Autor pisze w przyjemny i momentami zabawny sposób. Ma lekkie pióro i w świetny sposób łączy ze sobą gatunki, wątki i wydarzenia tej historii. To lektura, przy której trudno się nudzić, choć osobiście uważam, że nie spodoba się każdemu. Fabryka wtórów jest specyficzna i bardzo oryginalna. Polecę ją fanom groteski, ironii i czarnego humoru.


http://okiemmk.com/odrobina-groteski-w-polskim-wykonaniu-czyli-fabryka-wtorow-tomasz-mroz/

Czytelnicy o „Fabryce wtórów”

Small Tomasz Mróz Fabryka - okładkaPowieść Tomasza Mroza przypadła mi ogromnie do gustu. Czytałam ją z przyjemnością, nie mogłam się od niej oderwać. „Fabryka wtórów” wypełniona jest niebanalnymi, choć swojskimi postaciami. Książka skrzy się inteligentnym, nieco sarkastycznym i zgryźliwym humorem; dialogi w wykonaniu Stalowego, Pająka i Mariana to była dla mnie istna uczta, a i komisarz Wątroba potrafił mnie nieźle rozbawić. Tomasz Mróz stworzył klimatyczną powieść, w której metafizyka i elementy fantastyczne mieszają się z kryminalną zagadką dając nad wyraz udany rezultat. Tytuł autorstwa Mroza wywołał u mnie, jakże pozytywne, skojarzenia z serią powieści Borysa Akunina o perypetiach Erasta Fandorina. Prawdopodobnie to zasługa lekkości pióra polskiego pisarza, intrygujące połączenia wątków i gatunków i główny bohater, który co prawda nie należy do gatunku łamaczy niewieścich serc, jak Fandorin, ale ma w sobie to coś, co przyciąga :) „Fabryka wtórów” sprawiła, że mam chęć na kolejne spotkanie z komisarzem Wątrobą, który myśli i działa nieszablonowo i z którym na pewno nie będę się nudziła!

 


http://zapiskispodpoduszki.blogspot.de/2014/08/fabryka-wtorow-tomasz-mroz.html