Grudzień

Grudzień jest okropny – to hasło kołatało się po mojej głowie przez cały boży dzionek. Od natarczywego budzika o 6.15, kiedy pulsujący alarm wyrwał mnie z czarnej magmy snu ku równie czarnej magmie rzeczywistości. Nie widać wtedy jeszcze oznak dnia, a mimo to każą wstawać, udawać energię i życie. Hasło to obowiązuje podczas slalomu pomiędzy błyszczącymi kałużami na chodniku mojego osiedla, wśród tysięcy zmęczonych ludzi w autobusach, tramwajach i w metrze. Nie ustępuje nawet po pierwszej kawie i kolejnej wiadomości od jednego z milionów świętych Mikołajów krążących po internecie, informujących, że koniecznie należy coś kupić na święta sobie i bliskim. Od kilku dni prowadzę prywatną wojnę z grudniem i staram się nie ulec. Porównuję go z końcówką listopada i początkiem stycznia, wywlekając na światło dzienne ich najgorsze cechy: w listopadzie jest więcej deszczu oraz opadają liście, w styczniu jestem już starszy i bardziej przygnieciony brzemieniem wieku. Ale to wszystko na nic – grudzień jaki był, taki jest. Ciągle okropny.