Grudzień

Grudzień jest okropny – to hasło kołatało się po mojej głowie przez cały boży dzionek. Od natarczywego budzika o 6.15, kiedy pulsujący alarm wyrwał mnie z czarnej magmy snu ku równie czarnej magmie rzeczywistości. Nie widać wtedy jeszcze oznak dnia, a mimo to każą wstawać, udawać energię i życie. Hasło to obowiązuje podczas slalomu pomiędzy błyszczącymi kałużami na chodniku mojego osiedla, wśród tysięcy zmęczonych ludzi w autobusach, tramwajach i w metrze. Nie ustępuje nawet po pierwszej kawie i kolejnej wiadomości od jednego z milionów świętych Mikołajów krążących po internecie, informujących, że koniecznie należy coś kupić na święta sobie i bliskim. Od kilku dni prowadzę prywatną wojnę z grudniem i staram się nie ulec. Porównuję go z końcówką listopada i początkiem stycznia, wywlekając na światło dzienne ich najgorsze cechy: w listopadzie jest więcej deszczu oraz opadają liście, w styczniu jestem już starszy i bardziej przygnieciony brzemieniem wieku. Ale to wszystko na nic – grudzień jaki był, taki jest. Ciągle okropny.

Recenzja „Przypadkowego zabójcy” z bloga „Cząstka mnie”

Tomasz Mróz jak zwykle mnie nie zawiódł. Jego powieści są specyficzną mieszanką kryminału, komedii i horroru, przy czym humor tutaj przeważa. W trzecią część autor wplótł dodatkowo wątki polityczne, co absolutnie nie zmieniło jego stylu. Tutaj nic nie trzyma się logiki a jednocześnie rozwój sytuacji jest bardzo logiczny. Bardzo mi odpowiada czarny humor autora, absurdalne sytuacje opisujące rzeczywistość w karykaturalny sposób a przy tym czytelnik zdaje sobie sprawę, że część tych sytuacji może być całkowicie realna.


http://gosia72.blogspot.com/2016/10/przypadkowy-zabojca-tomasz-mroz.html

Dziękuję

Nowe opowiadanie w zbiorze „Gdzieś daleko stąd”

Witam Wszystkich Wędrowców (WWW)!

Antologia opowiadań włóczęgowskich z moim „Noc w czarnym mieście”. Zapraszam!

„Zarośla były coraz bliżej. Krok za krokiem zostawiałem poza sobą światełko mojego portu, by zanurzyć się w fale czerni. W końcu gałęzie zamknęły się za mną, siekąc mglisty refleks na tysiące odłamków i odblasków. Otaczały opieką, śledząc mój upór dotychczas nieznany i raczej niezrozumiały, nawet dla mnie samego. Naszła mnie wątpliwość, czy to na pewno zwykłe, ziemskie drzewa i zarośla? A może w tej gałęziącej się ciemności ktoś się ukrył? Towarzysz mój, anioł, który zawsze podąża w ślad za człowiekiem, ciesząc się, że ten w końcu wyrwał go z nudy codzienności, ale i martwiąc w niepewności, co jego człowiek głupiego wymyślił. Za plecami zniknął już mój bezpieczny port i surowy kapitan. Bywaj!

– Bywaj – dodał mi odwagi mój drzewny anioł, choć sam miał głos drżący, jakby dziecko podczas burzy pocieszał.” (fragment)


http://www.rw2010.pl/go.live.php/PL-H6/przegladaj/SMTU2MA%3D%3D/gdzies-daleko-stad.html?title=Gdzie%C5%9B%20daleko%20st%C4%85d

StLS0yNDc0NjAtZ2R6aWVzX2RhbGVrb19zdGFkLXJ3MjAxMC01MDB4NzA4LmpwZw==

 

Nowa recenzja z „Cuddle up with a good book”

Nowa recenzja z „Cuddle up with a good book”, czyli przytul dobrą książkę. W tym przypadku „Przypadkowego zabójcę”.

Dziękuję!


http://cuddle-up-with-a-good-book.blogspot.com/2016/07/przypadkowy-zabojca-tomasz-mroz.html


 

Przypadkowy zabójca uwolniony!

Nakładem wydawnictwa RW2010 ukazała się moja kolejna książka „Przypadkowy zabójca”. Zapraszam na stronę RW2010, a wkrótce również do innych księgarni.


http://www.rw2010.pl/go.live.php/PL-H6/przegladaj/SMTQ4NQ%3D%3D/przypadkowy-zabojca.html?title=Przypadkowy%20zab%C3%B3jca

przypadkowy zabójca 500x708

Nowa recenzja „Fabryki wtórów”

Jest to z pewnością niebanalna powieść, tacy też są jej główni bohaterowie, oczywiście z komisarzem Wątrobą na czele. Trudno precyzyjne zakwalifikować tę książkę do jakiegoś gatunku, bo sporo jest w niej elementów thrillera, ale nie brakuje też fantastyki i groteski. Całość została napisana ze sporą lekkością i poczuciem humoru, co jednak nie oznacza, że „Fabryka wtórów” spodoba się każdemu. Myślę, że znajdą się i tacy, których ta bardzo specyficzna powieść nie zachwyci, a może nawet zrazić do siebie. Z pewnością jednak warto dać jej szansę i zanurzyć się w ten absurdalny i zaskakujący świat.

Zapraszam do lektury całej recenzji i serdecznie dziękuję.


http://korcimnieczytanie.blogspot.com/2015/12/tomasz-mroz-fabryka-wtorow.html

fwt

Subiektywnie o Przejściu A8 – recenzja

„Przejście A8″ to satyra społeczno-obyczajowa w zasadzie na wiele zjawisk, jakie na co dzień nas otaczają. To bowiem utwór, w którym poprzez niezwykle komiczne wyolbrzymienie zarówno zachowań poszczególnych bohaterów, jak i ich karykatural-ne cechy osobowości, ubarwione dowcipem, można zauważyć wiele elementów naszej egzystencji ukazanych w krzywym zwierciadle. 

Cały tekst recenzji:


http://www.subiektywnieoksiazkach.pl/2015/10/przejscie-a8-tomasz-mroz.html

Kryzys wieku średniego

– Tato – ze wszystkich sił starałam się wydobyć ze swoich ust ton błagalny. Do tego zrobiłam cielęce oczka i przekrzywiłam uroczo głowę, przynajmniej w moim mniemaniu było to urocze. Może zadziała. Ojciec wychylił głowę spoza swojej codziennej gazety i wbił we mnie twardy wzrok, który zdawał się mówić: „Nie, kochanie, nie mogę. To absolutnie niemożliwe”. Ależ przecież on jeszcze nawet nie wie o co chodzi!

– Czy pożyczysz mi samochód na weekend? Umówiłam się z naszą paczką w Łebkach nad zalewem, ale oni jadą tam dzisiaj. Ja mogę dopiero jutro wieczorem, a sam wiesz jak jeździ PKS – dokończyłam swoją prośbę.

– Nie, kochanie, nie mogę. To absolutnie niemożliwe – jego usta wypowiedziały dokładnie to, co kilka sekund temu wyraziły oczy. – Stuka lewy zawór i chyba gaźnik się przytkał. Do tego prawy wahacz ledwo żyje. Możesz mieć z nim spore problemy w trasie. Naprawię to, obiecuję, ale chwilowo jazda naszym samochodem jest dość niebezpieczna. Nie narażę swojego skarbu na jakieś nieprzyjemności.

Tym razem usta mówiły jedno, ale oczy i mina zupełnie co innego: „Jesteś zbyt młodą i niedoświadczoną smarkulą, żeby dostąpić zaszczytu kierowania moją limuzyną. Dorośniesz, dojrzejesz, nabierzesz ogłady w ruchu drogowym, może pogadamy”. Stara śpiewka! Ostatnio, żeby pojechać do supermarketu za rogiem, musiałam zdać u niego prywatny test ze znajomości ruchu zasad drogowego, manewrów na parkingu, budowy silnika i układu hamulcowego, procedury zgłaszania wypadków i kradzieży, a nawet savoir-vivre’u automobilisty. Przy wymaganiach mojego staruszka egzamin w ośrodku ruchu to było przedszkole. Ciekawe, czy mówiąc o skarbie miał na myśli mnie czy tego rzęcha przed domem?

– W nowoczesnych samochodach nie ma już gaźników! Wszystko reguluje elektronika – syknęłam wściekle, demaskując fałsz tej niby-troski.

– A tak, tak – potwierdził zmieszany. – Ale zawory i wahacze są i na pewno muszą być sprawne. Podwiozę cię na przystanek, o której chcesz, ale samochód jest nie do użytku.

– Jasne, dzięki – przyjęłam propozycję bez entuzjazmu. Wiedziałam już, że bitwa jest przegrana. Przecież mu nie powiem, że muszę mieć wóz, bo program wycieczki był dużo szerszy niż przejechanie tych kilkunastu kilometrów nad zalew. Mieliśmy pojechać na imprezę do znajomych Baśki, potem zahaczyć o nowy klub nocny „Legwan”. To były spore odległości i kolejne kilometry. Wieczorne, ogniskowe nasiadówki naszych, pożal się Boże, smętnych kolegów z liceum, z butelką piwa, rzępolącą gitarą i milionem komarów atakujących każdy cal ciała, to miała być jedynie przykrywka prawdziwie zwariowanej rozrywki. Jednakże samochód był do tego niezbędny, na tym odludziu jakikolwiek transport publiczny ledwo dyszał w dzień, a po dwudziestej drugiej zamierał zupełnie. Trzeba zastanowić się wspólnie z Baśką co zrobimy.

Baśka to moja najlepsza kumpela. Nie znamy się długo, ale od razu przypadłyśmy sobie do serca. Ona przeprowadziła się z rodzicami do naszego miasteczka kilka miesięcy temu i traf chciał, że przydzielili ją do mojej klasy. Okazało się, że jej pojawienie było jak powiew wielkiego świata w tym zapyziałym grajdołku naszej powiatowej mieściny, gdzie większość ludzi zna się od małego, a jeżeli nie wyjedziesz stąd po szkole, to musisz się pogodzić z faktem, że o losie każdego z tutejszych mieszkańców decyduje trójkąt burmistrz-proboszcz-Perkaczyk. Kto to jest burmistrz i proboszcz – wiadomo. Natomiast Perkaczyk to miejscowy bogacz, właściciel zakładów mięsnych, fermy kurzej na dwieście tysięcy niosek i dużego zajazdu przy autostradzie.

Baśka przyjęła informację o odmowie użyczenia pojazdu spokojnie. Prychnęła lekceważąco i spojrzała na mnie tak, jakbym nie umiała wykonać najprostszej rzeczy, jaką jest zadanie wydębienia samochodu na weekend od pięćdziesięciolatka, który świata poza nim nie widzi.

– Jak twój staruszek ma na imię? – spytała, wydmuchując z ust wielkiego, różowego balona z gumy do żucia.

– Stefan – odpowiedziałam, rzucając na nią spłoszone spojrzenie. – Zlituj się, Bacha. Chyba nie zamierzasz przejść z nim na ty?

Kilka razy miałam już okazję się przekonać o niezwykłych umiejętnościach Baśki zjednywania sobie ludzi, a ściślej mówiąc mężczyzn. Wolałabym jednak, żeby mój ojciec okazał się odporny na jej czar.

– Nie, ale przecież muszę wiedzieć od kogo pożyczam auto – wyjaśniła tonem typu „najprostszych rzeczy nie kapujesz”. I wyszła z mojego pokoju, poprawiając spódniczkę i bluzkę, tak, aby ładniej opinały zgrabne ciało. Zostałam sama pełna najgorszych przeczuć. Zza ściany słychać było jej głos przetykany tubalnymi odpowiedziami mojego ojca.

– Ach, oczywiście… panie Stefanie… będę miała oko… proszę się nie obawiać – dochodziły mnie szczebiotliwe fragmenty gadaniny Baśki. Wypowiedzi ojca były niezrozumiałe przez przeszkodę ze ścian i drzwi. Po chwili weszli oboje do mojego pokoju. Ojciec chrząknął trochę zmieszany i zakomunikował:

– Pani Basia mnie przekonała, mhm, swoim doświadczeniem, jako kierowca i umiejętnością obchodzenia się, mhm, z zaawansowaną techniką. Dlatego pożyczam jej, eee, znaczy, wam samochód na dojazd nad zalew. Słuchaj się jej, proszę, bo warto się uczyć od lepszych i bardziej doświadczonych. Tak, mhm, proszę – zakończył przemowę wręczeniem Baśce kluczyków i dokumentów. Ona uśmiechnęła się do niego, a on odwdzięczył się najbardziej promiennym ze swojej galerii uśmiechów. Boże, co za wstyd! Tysiąc razy bardziej wolałabym wlec się teraz z plecakiem na przystanek autobusowy niż być świadkiem upadku własnego ojca. Patrzyłam na tego człowieka, od którego pochodzę i zastanawiałam się, co Baśka by musiała zrobić, żeby on wyrzekł się rodziny, mamy, mnie, przepisał na nią dom, oszczędności i uciekł z miasta, żeby zacząć nowe życie u boku osiemnastoletniej panienki, którą dopiero co poznał. Miałaby go pocałować, czy wystarczyłby namiętny szept do ucha: „Zostaw to wszystko i wyjedź ze mną”?

Kilka godzin później siedziałyśmy razem w fotelach pojazdu przed naszym domem, a Basia próbowała dopasować otrzymane kluczyki do otworu w stacyjce. Niepewnie oglądała również tablicę rozdzielczą, kierownicę i dźwignie zmiany biegów. W końcu syknęła:

– Słuchaj, ja odwaliłam gorszą część roboty. Samochód mamy na dwa dni, mogłabyś dołożyć trochę swojego wysiłku dla wspólnej wycieczki i go poprowadzić. Ja jeździłam dotychczas zupełnie inna maszyną. Dużo nowocześniejszą. Tu wszystko jakieś takie… archaiczne.

Spojrzałam zdumiona. Nasz samochód był całkiem normalny. Tata go kupił cztery lub pięć lat temu, to był niedrogi, lecz standardowy model. Rzuciłam jeszcze jedno krótkie spojrzenie na jej zdenerwowaną twarz i wtedy zrozumiałam. Baśka nie ma pojęcia o kierowaniu. Nie tylko nie prowadziła wcześniej nowocześniejszego auta, ale prawdopodobnie nie prowadziła dotąd żadnego. Mój szanowny ojciec, dla rodziny surowy egzaminator i nadęty autorytet motoryzacyjny, dał swój drogi skarb kręcącej tyłkiem i przymilającej się nastolatce, nie sprawdzając nawet czy ta ma prawo jazdy, a jeśli ma, to czy kiedykolwiek siedziała za kierownicą. Ogarnęła mnie wściekłość na granicy szału. Jak tak, to zobaczymy! Niech skorzystam trochę z jej bogatego doświadczenia z obsługą zaawansowanej techniki.

– Nie, moja droga! To ty masz mnie uczyć dobrze jeździć! – wykrzyknęłam. – Tu się wsadza kluczyki, a tu jest kierownica. Ruszamy!

Baśka zrozumiała, że nie jestem w humorze do pogaduszek, a właściwie to zaraz eksploduję. W milczeniu zapuściła silnik, samochodem rzuciło w tył, motor zgasł. W samą porę, barierka była o kilkadziesiąt centymetrów za nami. Potem ponownie go włączyła i znowu skoczyliśmy, tym razem w przód, ale ona jakoś opanowała maszynę i niepewnie wyjechała na jezdnię, wyjąc wysokimi obrotami. Ręce miała zaciśnięte na kierownicy tak, że aż palce jej zbielały, szczęka żuła nerwowo gumę, twarz prawie była przyklejona do przedniej szyby. Zaraz wyjedziemy z alejki osiedlowej na główną drogę, tam się trzeba zatrzymać dołączając do ruchu z podporządkowanej. Baśka włączyła kierunkowskaz, więc chyba już kiedyś jeździła. Zbliżałyśmy się do krzyżówki z niezmienioną prędkością, a właściwie to samochód jechał coraz prędzej. Rany! Czy ona wie, że ma ustąpić pierwszeństwa? Czy ona w ogóle umie hamować? Dotychczas tylko naciskała pedał gazu.

– Baśka! Stop! – wrzasnęłam przerażona widząc, że wjechałyśmy już połową samochodu na skrzyżowanie. Z lewej nadjeżdżało coś dużego. Baśka krzyknęła, zasłoniła oczy rękoma, kierownica została bez kontroli, samochodem zarzuciło. Poczułam silny wstrząs, a potem wszystko odpłynęło.

Beżowa lamperia, chromowany stojak na kroplówkę, gniazdo z napisem „Tlen”. Od kilku godzin mogę oglądać taki widok. Chyba od kilku godzin, bo, pomimo, że zamykam oczy tylko na chwilę, to za każdym otwarciem powiek słońce świeci inaczej. A czasem jest zupełnie ciemno, tylko sina lampka nad łóżkiem nie gaśnie. Obok ktoś siedzi. Mama, tata? Czuję głaskanie po twarzy i ciche słowa, ale nie bardzo je rozumiem. W głowie ciągle szumi. To pewnie szpital. Znaczy był wypadek i coś nas stuknęło. Pamiętałam również, że na tle lamperii pojawiła się biała postać, która spytała bardzo głośno i wyraźnie jak się czuję. To zrozumiałam. Chciałam odpowiedzieć, że dobrze, nie licząc bólu głowy i reszty ciała, ale nie wyszło mi żadne polskie słowo. Bardziej zacharczałam w jakimś starodawnym języku. Próba przekręcenia głowy skończyła się dreszczem silnego bólu. Postać coś mruknęła, zapisała w notatniku i znowu zostałam sam na sam z beżowym pokojem i kimś siedzącym na straży obok.

Minęło kilkanaście dni. Żyję. Mam wstrząs mózgu i pękniętą miednicę. Nie jest źle, szczególnie jak się zanalizuje to, co się wydarzyło na skrzyżowaniu. Nadjeżdżająca z lewej ciężarówka, nie mogąc nas wyminąć, zahaczyła o samochód taty i uderzyliśmy bokiem w słup. Niestety moim bokiem. Zasadniczo powinnyśmy powiększyć grono aniołków, ale jak widać, nie było mi to pisane. Tym bardziej Baśce. Podobno wyszła o własnych siłach z szoferki i jeszcze załatwiła z kierowcą ciężarówki, żeby wziął winę na siebie. A ten idiota, pod wpływem przerażenia sytuacją i uroku osobistego mojego doświadczonego kierowcy podpisał papier, gdzie przyznał się, że nas wpuścił drogę, a potem nie zauważył, że tam jesteśmy, zrobił niezrozumiały dla niego oraz innych manewr i ponosi wszelką odpowiedzialność za wypadek. Nie muszę chyba dodawać, że mojej przyjaciółce nic się nie stało.

– Wyobraź sobie, że ona miała prawko zaledwie od miesiąca. Jej ojciec aż się za głowę złapał, kiedy usłyszał, że prowadziła samochód. Nie rozumiem, jak mogłaś mnie namawiać, żebym dał jej wóz? – Jadłam rosół słuchając tyrad ojca. Łyżka zamarła mi w połowie drogi do ust, a następnie opadła bezwładnie na talerz ze stukiem. Czułam się już lepiej. Lekarze zapowiadali rychły powrót do domu.

– Ja cię namawiałam?! – myślałam, że się przesłyszałam.

– A kto chciał jechać nad jezioro z koleżanką i mnie otumanił swoimi wizjami pomocy w wypoczynku córki? Przecież sam tego nie wymyśliłem.

Jasne było, że ojciec ma już swoją wersję i będzie się jej kurczowo trzymał. Dobrze, że nie wspomina na razie o pracy w szklarni z pomidorami za domem, jako rekompensacie za uszkodzenie jego skarbu, znaczy samochodu.

Do sali weszła pielęgniarka, młoda, zgrabna blondynka, prawdopodobnie zaraz po szkole. Ojciec szarmancko uskoczył, robiąc jej przejście do łóżka, ona uśmiechnęła się, ni to z podziękowaniem, ni to z podziwem. Tata odpowiedział jej tym swoim najlepszym z uśmiechów, który widziałam już przy wręczaniu kluczyków Baśce.

– Miło w takich warunkach się leczyć w szpitalu. – Niby pochwalił szpital, ale było jasne, że pani mu się podoba. Ona odpowiedziała jeszcze milszym uśmiechem. Pochyliła się nade mną z termometrem i przepisanymi lekami. Widziałam ponad jej sylwetką swojego ojca wpatrzonego w jej tyłek i nogi wystające ze spódniczki przed kolana, wyglądał jakby był zaczarowany. Wydaje mi się, czy zaczął szybciej oddychać? Nachyliłam się w stronę jej ucha.

– Poproś go, żeby ci zapisał majątek albo przynajmniej kupił diamentową kolię. Zrobi to teraz bez wahania – szepnęłam jej do ucha.

Pani odskoczyła wpijając we mnie zaskoczone spojrzenie.

– Stało się coś? – zainteresował się szanowny ojciec, nie omieszkując skorzystać z okazji, żeby zajrzeć jej w niedopięty dekolt.

– Nie, nie, pana córka trochę źle się jeszcze czuje – wycofywała się rzucając podejrzliwe spojrzenia, to na mnie, to na mojego tatę.

– Nie jest tak źle – pocieszał ją mój staruszek ponownie uruchamiając swój czarujący uśmiech. Tym razem jednak nie zadziałał, pani wyszła z niewzruszoną miną. – Ech, te babskie fanaberie. Raz miód, raz ocet – mruknął zdziwiony, a ja westchnęłam z rezygnacją i zabrałam się ponownie za rosół.